O AI-100 – na chłodno

Brawa dla tych z Was, którzy skojarzyli tytuł książki Remigiusza Mroza. 🙂 Dziś bowiem nie tylko zapowiadam materiał na YT, ale również (może przede wszystkim) z perspektywy dwóch dni od egzaminu – mogę spokojnie napisać słów kilka.

Może porządek filmiku:

  1. Plan – bardzo się przydał, niepotrzebna była panika, która pojawiła się jakoś tydzień temu. Nie wiem, jak by było, gdyby się nie zdarzyła, tym niemniej – dzięki temu mam wrażenie, że przyspieszyłem mocno. I pogłębiłem wiedzę. Mam wrażenie, że  w ciągu ostatniego tygodnia nauczyłem się więcej, niż przez poprzednie trzy. Może dlatego, że więcej czasu nad nauką spędziłem.
  2. Strona ExamTopics: skorzystałem ogromnie, bardzo pomogła. Nie powiem, ile pytań się powtórzyło, gdyż uważam, że nie to jest najważniejszym wkładem tej strony w mój sukces. Najważniejsza – i będę to powtarzać z uporem maniaka – jest społeczność: komentarze, linki, dyskusje. Jedyna uwaga: nie polecam na początku nauki (jeśli zdecydujecie się – jak ja – od razu szukać dziur w wiedzy) czytania dyskusji. Przy braku odpowiedniej dawki informacji powoduje to niepotrzebny chaos oraz niepotrzebnie pogłębione uczucie własnej niewiedzy. Pod koniec nauki – tak, na początku tylko linki.
  3. Ściągawki – warto zacząć robić. Następną swoją przygodę w ogóle zacznę od wpisania w Google: „[nazwa egzaminu] cheatsheet”. Dzięki temu znajduje się takie perełki jak repozytorium Meeta Bhagdeva czy nieoceniona (naprawdę genialna) strona Stanislasa Quastany (link do części o AI-100). Te linki jeszcze raz przejrzę i przeczytam w ramach powtórek. Dodatkowy plus z przygotowań – przestałem się bać Githuba:)

Ze spraw, które poszły nie tak: znalazłem również dedykowaną ścieżkę PluralSight. Uwielbiam ich szkolenia, są ciekawe, bardzo profesjonalne, świetne. Tym razem jednak oglądając je po prostu czułem się głupi. Jako że cenię sobie swoje poczucie wartości (choć nie zawsze tak dobrze umiem o nie zadbać) – postanowiłem nie oglądać. I dałem sobie spokój z PluralSight. Może teraz wrócę. Czeka mnie w końcu kolejna nauka.
Co może już następnym razem.

Co do samego egzaminu: odbył się o 10. To była dobra godzina: wstałem, poczytałem, zjadłem śniadanie, wypisałem wątpliwości, rozwiązałem. Przez całą drogę darła mi się w uszy muzyka jak „Hail to the hordes„. Na miejscu krótki spacer i modlitwa dla skupienia i wyciszenia. I tak byłem spokojny. I gotowy.
O sposobach radzenia sobie ze stresem – może innym razem. Najbardziej pomogły na pewno kciuki trzymane przez młodszego Synka:)

Jeśli jeszcze nie oglądaliście filmiku – zapraszam serdecznie na swój kanał Youtube. Miłego oglądania.
PS. Kota tym razem nie ma, ale jak się dobrze wsłuchać, pewnie dotrze do Was miarowe: mrrr mrrrr mrrrr mrrrr gdzieś w trakcie:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.